Ewa Giersz: Polska „królowa szalunków” w Kazachstanie

2019-03-06 17:13
Ewa Giersz
Autor: Archiwum prywatne

Z budownictwem związała się mając niezwykle bogate doświadczenia w zupełnie innych dziedzinach. Rozmowa z Ewą Giersz o jej doświadczeniach jako dyrektor przedstawicielstwa ULMA Construccion Polska SA w Kazachstanie. ZDJĘCIA

Skończyła Wydział Plastyczny na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Zanim "trafiła" do Kazachstanu była nauczycielką w szkołach podstawowych i liceach, grafikiem przemysłowym (ma w dorobku kilkanaście opatentowanych znaków graficznych), spikerką TV i radiową (wygrała konkurs na spikerkę TV Katowice, wyprzedzając ok. 1000 kandydatek), kierowała przedstawicielstwami polskich firm na Wschodzie (Moskwa) i w Azji Centralnej.

Jaka była Pani droga aż do Kazachstanu?
– Kazachstan – był i jest moją własną drogą do sukcesu, a jednocześnie do sukcesu mojej firmy, mimo że jest on dla Polaka „krajem na granicy horyzontu”. Kazachstan to kraj koczowniczej, prastarej kultury TENGRI, kraj płaskich jak naleśnik stepów z jednej strony i wysokich gór TIEN-SZAN z drugiej, kraj pustynnych kamieni a jednocześnie jezior i sosnowych borów, wielbłądów a także prehistorycznych rytów naskalnych - petroglifów w bezludnych przestrzeniach... i nowoczesnych form architektury XXI wieku podobnych do urbanistyki Dubaju – poprzecinany ropo- i gazociągami czyli kraj kontrastów. Kazachstan znałam jeszcze z roku 1992, gdy rozpoczęła się tam „pierestrojka”. Firma, w której pracowałam sprowadzała do Polski żółty fosfor, dlatego wojażowałam po południowym i bardzo dzikim Kazachstanie. Wtedy była to namiastka ubogiej Azji Centralnej, ale zainteresowanie tym rejonem świata mi pozostało. Kazachstan jako nowy rynek dla firmy „Bauma”, a potem „Ulma”, wymyśliłam sama. Zainteresowałam tym naszego prezesa, a że ma świetnego nosa do biznesu postanowił zaryzykować i w jakimś sensie zaufał mi. Praktycznie więc nie byłam skierowana, a raczej sama się „wydelegowałam” ... i to do kraju muzułmańskiego, gdzie utarło się sadzić, że rządzą tylko mężczyźni. Czyli Kazachstan był i jest dla mnie - wielkim wyzwaniem, co potwierdza wiele faktów. Na przykład moja decyzja umiejscowienia naszego biura, nieoczekiwana dla wszystkich - surowa Astana, zamiast ciepłej, ślicznej i wygodnej Ałmaty, w której wówczas rezydowało 90% zagranicznych firm i ambasad (w tym i nasza). Częściej w życiu wybierałam trudniejszą drogę, bo łatwizna jest nieciekawa i sztampowa.

Było ciężko?
- Początki były trudne i nad wyraz siermiężne, bo tylko z jednym miejscowym inżynierem, ale za to wyśmienitym budowlańcem i solidnym człowiekiem, nie było nawet samochodu czy sekretarki. Ale mieliśmy zapał i wiarę w to co robiliśmy. Ówczesna Astana była wielką wioską, ale za to wioską budowlaną - oraz nową stolicą – co było dla mnie najważniejsze. Pamiętam pierwszy „roboczy dzień” w zimowej Astanie. Była to 3-dniowa delegacja - rekonesans przy 30 stopniach mrozu, rozpoczynającym się akurat buranie (miejscowy huragan) ze śnieżycą, w ciemności (bo słońce chowa się zimą bardzo wcześnie). No i typowy, prymitywny plac budowy na lewym brzegu zamarzniętej rzeki Irtysz – po kazachsku Iszym, i pustka... Ani żywej duszy, czy jakiegokolwiek transportu i ja, pozostawiona sama sobie przez niezbyt uprzejmych partnerów po zakończonych trudnych negocjacjach, czyli Polka w Kazachstanie: elegancka jak wszystkie Polki, kozaki na szpilce, krótki kożuszek, beret na bakier... A tu wyjący wicher, śnieg po pas i nikogo, kto wskazałby drogę do cywilizacji. Cóż... Szłam przed siebie płacząc na głos. Na szczęście, po kilkunastu minutach zlitował się kierowca przejeżdżającego, jedynego zresztą, zakładowego autobusu dowożącego robotników budowlanych i dzięki niemu „wyżyłam”. Taki był mój „chrzest bojowy”, po czym zaczęłam przedstawiać się w Polsce, że pracuję na pierwszej linii budowlanego wschodniego frontu. Za to już po półtora roku zaczęto zaliczać nas do trójki liderów w naszej szalunkowej branży, a po kolejnych sześciu miesiącach przesunęliśmy się jeszcze wyżej. Mieliśmy już solidne biuro, 2 samochody i kilkoro miejscowych pracowników.

Ewa Giersz na maszynie używanej do przewozu rudy złota
Autor: Archiwum prywatne Ewy Giersz Ewa Giersz na maszynie używanej do przewozu rudy złota

Czy rynek budowlany w Kazachstanie rządzi się swoimi zasadami, czy nie odbiega on na przykład od polskich mechanizmów?
- W różnych państwach, a w szczególności wschodnich czy azjatyckich, rynek budowlany rządzi się swoimi prawami i jest diametralnie inny na przykład od polskiego. Chociażby dlatego, że czas jest tu inaczej pojmowany i nikt się nie spieszy, mało kto planuje i najczęściej wszystko jest potrzebne „na wczoraj”. Dla przypomnienia nadmienię, że Polska jest oddalona od Kazachstanu o ok. 4000 km i transport wymaga czasu, a nasza firma nie zaryzykowała dotychczas na otwarcie magazynów miejscowych, co powodowało spore problemy terminowe. Były i są nadal także duże trudności z doborem wysoko wykwalifikowanych pracowników. Praktycznie we wszystkich sferach działalności występują problemy administracyjne, zależność od powolności decyzji urzędników, luki w przepisach prawnych, zezwalające na dowolną ich interpretację. Należy zauważyć jednak, że przez ostatnie kilka lat kraj ten bardziej zbliżył się do Europy, ale dla nas najważniejsze jest to, że marka polskiego towaru stoi tu wysoko (w odróżnieniu chociażby od marki polskiego towaru w Rosji), co daje fory naszym firmom mającym odwagę pracować na tym trudnym ale ciekawym i perspektywicznym rynku. Rynku, który może okazać się oknem do innych krajów Azji Centralnej. Udało mi się z Kazachstanu rozpracować kilka innych rynków, np. Kirgistan, rozpoczynamy też próby w Turkmenistanie czy Uzbekistanie.

Jak się pozyskuje na takim rynku kontrakty?
– W pocie czoła!, trudną i żmudną pracą, cierpliwością i profesjonalizmem. W Azji najważniejsza jest zasada – bezpośrednich kontaktów, zgodnie z przysłowiem „Nie imiej sto rublej, a imiej sto druziej”. Należy więc wykazywać umiejętność zjednywania sobie ludzi, zainteresowania ich w bezpośredniej rozmowie – często tylko telefonicznej, bo ona prowadzi (lub nie) później do bezpośrednich kontaktów. Mam na myśli nie tylko decydentów – prezesów czy dyrektorów firm, ale też sekretarki lub brygadzistów budowlanych. Mam kilka „schematów rozmów”, które stosuję w zależności od sytuacji, pamiętając o głównej zasadzie - najpierw przyjazna atmosfera, potem profesjonalna i konkretna rozmowa. Bywa jednak często, że należy żywo reagować i zmieniać przyzwyczajenia, bo przecież pracuję z ludźmi o odmiennej kulturze. Jednym słowem, trzeba być jednocześnie i dobrym psychologiem i świetną aktorką, przewidzieć czasem bardzo dziwne reakcje klientów. Należy być z jednej strony silną i pokazywać swoją wartość przy jednoczesnej umiejętności wybaczania, na przykład za kilkugodzinne spóźnienie na spotkania czy notoryczne nie dotrzymywanie obietnic lub terminów. Ważne aby mieć osobowość, swój indywidualny styl i tego się trzymać, niezależnie od sytuacji.

I to pewnie również praca w zdecydowanie męskim środowisku...
– To fakt, ale przyznam, że bycie kobietą pomaga mi w pracy. Czasem, w trudnych sytuacjach pozwalam sobie na ciut więcej krytyki w stosunku do potencjalnego partnera niż mógłby to zrobić mężczyzna w rozmowie z mężczyzną. Bo w Azji, wbrew pozorom, często klienci lubią podkreślać, że są dżentelmenami (nawet jeśli tak nie jest). Ale taką „odwagę” osiągnęłam dopiero po wyrobieniu sobie marki wiarygodnego, rzetelnego i uczciwego partnerstwa.

Bycie kobietą pomaga zawsze czy czasami jednak jest trudniej?
– W moim zawodzie i w pracy na tak specyficznym rynku bycie kobietą jednocześnie i pomaga i przeszkadza. Myślę, że najważniejsza jest jednak osobowość, ale nie przeczę, że bycie kobietą i to Polką (tak – to bardzo ważne), na początku znajomości ma niemałe znaczenie. W Rosji i Kazachstanie Polki kojarzone są z najciekawszymi i najpiękniejszymi kobietami (a tak!). Ludzie Wschodu i Azji postradzieckiej często podkreślali to w rozmowach ze mną, przywołując pisarkę Helenę Mniszkównę czy Panią Walewską. A na granicy Uzbeckiej, będąc w drodze do Taszkentu, miałam śmieszne zdarzenie, gdy celnik żartując nazwał mnie Barbarą Brylską, najpopularniejszą tu polską aktorką. Mówiąc jednak poważnie, po tym pierwszym z pozoru łatwym kroku należy przemaszerować kilometry ciężkiej pracy i pokazać wysokie profesjonalne umiejętności i wcale nie kobiecą siłę. A często trzeba być o wiele lepszą od mężczyzn aby być docenioną.

A konkurencja na rynku jest duża?
– Wcześniej w Kazachstanie najwięcej było zamówień rządowych – budowano obiekty administracyjne (ministerstwa i inne urzędy), hotele, centra biznesu, biurowce, a głównie mieszkaniówkę (elitarne super nowoczesne obiekty). Teraz, czyli w kryzysie, przeważają tańsze zamówienia socjalne (szkoły, szpitale), przemysłowe, transportowe (szczególnie międzynarodowej wagi), jak np. projekt dróg kolejowych i samochodowych „Zachodnia Europa- Zachodnie Chiny” . Konkurencja kiedyś była mniej silna, bo brakowało praktycznie wszystkiego i każdy znajdował dla siebie swoją określoną niszę klientów. Jednak z czasem zaostrzyła się, co szczególnie widać podczas kryzysu. My oczywiście, mając towar najwyższej światowej klasy, pracujemy dla najbogatszych i bardzo wybrednych klientów. Walczę i z moimi tańszymi konkurentami z Turcji, Chin lub Korei, przy jednoczesnej zaciętej rywalizacji z europejskimi lub kanadyjskimi firmami.

Czy do pracy w Kazachstanie i do zarządzania tu z powodzeniem firmą trzeba mieć jakieś szczególne predyspozycje?
– Zdecydowanie tak. Na Wschodzie, a w szczególnie w Azji, trzeba być zawsze autorytetem, takim Hanem czy Carem, silną osobowością (chociażby na zewnątrz), imponować w pracy i poza nią, być najlepszym profesjonalistą. Ale jednocześnie trzeba mieć fantazję i polot, szeroki gest... i co tu ukrywać, zawsze bardzo dobrze prezentować się - nosić drogie futra i mieć inne przedmioty zbytku, typu dobry szwajcarski zegarek, markowy telefon komórkowy czy pióro od „Monte Grappa”.

Z jakich projektów zrealizowanych w Kazachstanie jest Pani najbardziej dumna?
– Duma mnie po prostu rozpiera... niestety, nie jestem skromna lecz zawdzięczam to bardzo wytężonej, wieloletniej pracy. Szczycę się faktem, że najwyższe i najciekawsze architektonicznie budowle mieszkalne w Kazachstanie (Astanie, ale też i w Ałmacie czy Aktau nad morzem Kaspijskim) były budowane na naszych polskich deskowaniach i hiszpańskich rusztowaniach. I mam nadzieję, że nadal tak będzie. Najciekawsze są wysokościowce mieszkaniowe po 40-50 pięter, o oryginalnych kształtach - „Siewiernoje Sijanie” (Zorza Polarna) lub „Emerald Tower”, budowane przez największą miejscową firmę „Bazis-A”, które są wizytówkami nowoczesnej Astany. Mam też pewne osiągnięcia w budownictwie przemysłowym, bo weszliśmy do budujących się wielkich zakładów cementowych na południu Kazachstanu. Architektura nowych kazachskich miast bardzo się różni od polskich.

Dodatkowym utrudnieniem jest chyba również teren sejsmiczny – czy w związku z tym trzeba było dostosować ofertę lub wprowadzić nowe rozwiązania?
– Sejsmika akurat sprzyja, bo wtedy właśnie monolit może zapewnić bardziej bezpieczną techniką budowlaną nowoczesnych obiektów. Kazachstan stara się zawsze czymś wyróżnić i być wszędzie pierwszym (na przykład spośród innych krajów Wspólnoty), wprowadzając często wbrew rozsądkowi bardzo udziwnione formy i bryły architektoniczne, zmuszając tym samym do zastosowania najbardziej nowoczesnych konstrukcji. Nas z kolei zmusza to do bardziej wytężonej i odpowiedzialnej pracy, w której musimy wyprzedzić innych konkurentów. Kazachstan dla Polaków pozostaje wciąż egzotycznym miejscem.

Czy trudno było się przyzwyczaić do temperatury powietrza zimą (-40ºC) i latem (+40ºC)?
– Północny Kazachstan, czyli Astana, charakteryzuje się nagłymi zmianami pogody i temperatur. W ciągu zaledwie kilku godzin wahania temperatury mogą dochodzić nawet do kilkudziesięciu stopni, a to jest nieprzyjemne. Ale jak wszędzie klimat ociepla się, bo pamiętam, że w pierwszym roku mojego pobytu, zimą musiałam nocą kilkakrotnie zapalać silnik samochodu by można było go używać w następnego dnia – zimy były bardzo siarczyste, długotrwale a na dodatek z częstymi buranami. Wtedy, w moim poprzednim mieszkaniu, musiałam na okrągło podgrzewać się elektrycznymi ogrzewaczami, przy huraganach wtyczki same wyskakiwały z gniazdek, a szafki kuchenne po otwarciu ziały lodem jak z zamrażalnika. Teraz na szczęście mam ten komfort, że samochód stoi w garażu i mogę spać spokojnie. Generalnie jest znacznie cieplej, nie licząc aktualnej zimy, która wszędzie sprawia niespodzianki, a w stepie za Astana zaliczono „tylko” 46 stopni mrozu. Dziwne dla nas Polaków jest to, że w Astanie nie ma wiosny, praktycznie od razu z kożucha wskakuje się w letnią sukienkę, czyli jest to skok od minus 10 do plus 15-20°C i to w ciągu tygodnia, a po kilku dniach może być 30°C lub więcej. Trzeba się przyzwyczaić i... uprawiać jakiś sport. Ja latem i zimą systematycznie pływam na dłuższych dystansach, do tego korzystam z sauny, bo to hartuje. Za to południe Kazachstanu to kraj ciepły i przyjemny prawie przez cały rok. Zimy są późne, a wiosny bardzo wczesne, z powodu upałów trudne jest tylko lato.

Największy Pani sukces zawodowy i prywatny?
– Sukces?... A co to jest? Dla każdego oznacza coś innego. Zazwyczaj jest on ulotny i zbyt szybko przemija, czasem po latach nabiera innych barw lub odcieni, a czasem dojrzewa dopiero później - jak dobry koniak. Często jest różnie oceniany przez różnych ludzi - inaczej w pracy, inaczej przez rodzinę. Kiedy indziej z latami jest bagatelizowany lub zmienia diametralnie swą wartość i wagę. Co jest sukcesem w moim życiu i za jaką cenę? Jeszcze pół roku temu sądziłam, że osiągnęłam sukces a teraz nieco zmieniłam punkt widzenia. Moim osiągnięciem jest otwarcie i rozwinięcie dla firmy „Bauma” i „Ulma” budowlanego rynku, głównie kazachskiego, tudzież pokrewnych w Azji Centralnej. Temat przeze mnie wymyślony i wypracowany - to wszystko, czy można nazwać to sukcesem? Może tak, a może nie? Może to dobrze spełniony obowiązek i bardzo ciężki trud, dla osiągnięcia którego trzeba było sporo zapłacić? Na przykład poświęcić własne zdrowie, ale też mieć podporę w bardzo tolerancyjnej rodzinie - mąż i córka, którzy dużo wybaczali trochę szalonej żonie i matce? Łatwo nic w życiu nie przychodzi. Kazachstan i Azja to dla mnie szlifiernia charakteru. Musiałam polubić a nawet pokochać ten kraj, choć z początku nie było to proste, i ludzi tu żyjących aby osiągnąć to, co zdobyłam, inaczej byłoby to wręcz niemożliwe. Musiałam bagatelizować rzeczy nieprzyjemne, a skupiać się na pozytywnych, wyłuszczać ziarno prawdy i dobra spośród plew. Kazachstan jest swoistym sitem filtrującym ludzi. Ten trudny rynek albo pozwala na pozostanie i pracę, a może i sukces ... albo zmusza do wyjazdu i poddania się, ale zawsze wymaga jakichś ofiar… Prywatny sukces? Mój sukces jest bardzo zwyczajny, ale warty wspomnienia. Kilkanaście lat temu, dzięki codziennym wysiłkom, udało mi się przywrócić siły umysłowe po wylewie krwi do mózgu – podarowałam 3 lata życia babci mojego męża. Tak, to chyba sukces, bo nauczyłam się pokory, ale jednocześnie wiary w nagrodę za to, co winno być dobrze spełnione, widząc obok śmierć – tak bardzo blisko, bo na sąsiednich szpitalnych łóżkach. Koniec życia, który przychodził z powodu zobojętnienia najbliższej rodziny chorych.

Nauczyła się Pani języka kazachskiego?
– Język kazachski należy do rodziny „tiurków”, czyli jest spokrewniony z językiem tureckim i jest dla nas trudny. Znam tylko kilkanaście słów - niestety. Nie jest mi jednak potrzebny, bo oficjalnie obowiązują 2 języki narodowe – obok kazachskiego, którym zresztą nie wszyscy Kazachowie władają, wszyscy znają i posługują sie rosyjskim. Wyjątkiem są odlegle auly z południowych prowincji, gdzie używa się kazachskiego. Mój rosyjski jest bardzo dobry, tak w mowie jak i piśmie, co absolutnie wystarczy dla owocnej pracy w całej Azji Centralnej.

A co z odległościami pomiędzy „ucywilizowanymi” miejscami?
– Odległości w tym kraju szokują każdego Europejczyka. Niektóre trasy do dziś, szczególnie zimą, mogą grozić nawet śmiercią, ale i latem mogą być niebezpieczne. Opowiadano mi o przypadku, gdy nieoczekiwanie latem rozpoczął się piaskowy buran, który rozszalał się dosłownie w ciągu kilku minut i trwał kilka dni. Przy zerowej widoczności człowiek traci orientację. Wtedy zginęło sporo podróżujących samochodami, których huragan zastał z dala od osiedli. Zimą zaś w takich przypadkach przeżywają ci, którzy mają spory zapas paliwa i żywności. To dlatego w Kazachstanie większość biznesmenów jeździ jeepami i zawsze mają dodatkowe kanistry z benzyną, zapas wody i jedzenia. Niebezpieczeństwem są także bezdroża, czyli dukty stepowe, znane właściwie tylko miejscowym. Ale nawet uczęszczane trasy jak Astana-Ałmata (ok. 1100 km) nie są w pełni bezpieczne z powodu braku przydrożnego serwisu, rzadkich stacji benzynowych czy restauracji. Za to przepiękne są wiosną przydrożne stepy z kilometrami dzikich tulipanów lub maków.

Co Pani najbardziej lubi w tym kraju, a co Pani najbardziej przeszkadza?
– W Kazachstanie najbardziej lubię samych Kazachów, bo w większości są ludźmi serdecznymi, otwartymi, niezwykle gościnnymi, szczególnie dla Polaków. Większość moich klientów albo ma przyjaciół polskiego pochodzenia, z którymi uczyli się w szkole, albo znają naszego Papieża Jana Pawła II, który odwiedzał Kazachstan, albo mają sąsiadów naszego pochodzenia. Sporo młodych ludzi studiowało w Polsce. Poprzednia moja asystentka – rodowita Kazaszka – była absolwentką Uniwersytetu Jagiellońskiego i kocha Kraków. Aktualna jest z pochodzenia Polką, świetnie włada naszym językiem, chociaż wywodzi się ze wsi Kamyszenka niedaleko Astany, która do dzisiaj jest prawie w pełni polska. W Kazachstanie mieszka aktualnie około 100 000 potomków naszych przodków, chociaż ostatnio wiele wyemigrowało do Polski. A denerwuje mnie często spotykana w niektórych kręgach przekupność, kumoterstwo i trudności w procedurach celnych, prawnych i innych administracyjnych. Za to, jeśli ma się odpowiednie podejście, a głównie przyjaciół, można prawie wszystko załatwić i to niekoniecznie przy pomocy pieniądza. Przeszkadza mi też bezmyślność i lenistwo.

Jakieś przeżycie, którego na pewno Pani nie zapomni?
– Z Azji Centralnej mam wiele niesamowitych przeżyć, ale szczególnie dwa utkwiły mi w pamięci.
Pierwsze to prezentacja naszej firmy w... sercu pustyni Kara-Kum w Uzbekistanie dla budowniczych z kopalni złota. Było to wczesnym latem, byłam sama, bez pomocników. Pustynia zaczynała kwitnąć małymi krzaczkami „kolczastych wielbłądzich ostów”, dookoła dziko i bezludnie. Z małego prowincjonalnego lotniska w Nawoi jechałam samochodem kilka ładnych godzin tylko z kierowcą do osiedla w Zarawszanie, prawie nikogo nie mijając. Pustka. Już sobie wyobrażałam prymityw tego, co mnie czeka na miejscu. A tu niespodzianka – oczekiwała mnie niesamowicie serdeczna delegacja, której przewodził ceniony geolog – elegancki pan w białym garniturze, z muszką i trzcinową laseczką. To on – teraz dyrektor miejscowego muzeum złota – wraz z innymi członkami ekspedycji, jako młody specjalista z Petersburga, odnalazł tu przed kilkudziesięciu laty pokaźne złoża rudy złota i w tym miejscu założono pierwszy obóz dla pracowników, który potem rozrósł się w pokaźne miasteczko, mające nawet własne sztuczne jezioro. Notabene regaty na pustyni to ciekawy widok… Wówczas trafiłam do największej na świecie odkrywkowej kopalni złota (tarasowy lej o rozmiarach ok. 5 na 3 kilometry). Prezentację przeprowadziłam w sali o prawie europejskim standardzie – z audio i wideo – przed gronem kilkudziesięciu doświadczonych budowniczych. Jednak merytorycznie była to bardzo trudna praca, by przekonać ich do czegoś, czego nie tylko nie stosują, ale i nie widzieli nigdy w praktyce. Dzisiaj pozostała mi na pamiątkę mała książeczka z dedykacją geologa, kilka grudek rudy złota i wspaniałe fotografie. Ale najcenniejsza jest pamięć o serdeczności tych ludzi, nie mogących się nadziwić, jakim cudem jakaś Polka przywędrowała do nich z tak daleka, aby opowiadać im z entuzjazmem o polskich szalunkach.
Drugi, bardzo silny i ciekawy obraz, to wspomnienie „przysięgi” składanej przez polską zakonnicę – Karmelitankę Bosą z Czestochowy – siostrę Elżbietę (zresztą byłą aktorkę Teatru Wielkiego w Krakowie), która wraz z dwoma swoimi towarzyszkami przywędrowała na kazachski step, by tu pozostać ...na zawsze. Pełnia upalnego lata, step i tylko step, horyzont płaski aż do bólu, zagubiona pośród traw wioseczka Oziornoje. Bezdroże, czyli dojazd tylko z przewodnikiem. Jechałam z kolegą, także Polakiem tu pracującym (oczywiście jego jeepem), za naszym przewodnikiem, wspaniałym, ale trochę szalonym polskim księdzem-misjonarzem - ojcem Piotrem, który gnał tak szybko, że tumany kurzu i pyłu nie dawały nam trzymać się blisko jego busika, co groziło niechybnym zagubieniem się w stepie. Na szczęście jakoś powiodło się i trafiliśmy na miejsce. A miejsce było cudowne i niesamowite zarazem. Tak jakby kościół nagle zaistniał w samym sercu stepu i stał się częścią przyrody, bez ścian i innych sakralnych atrybutów. Drewniane, proste ławki z klęcznikami wystawiły się rzędami wśród traw stepowych, w ławkach, także prosty jak i one, zwykły lud – babinki w białych chusteczkach, dziadkowie z kosturkami i dzieciaki trochę rozbrykane, choć odświętnie przestraszone. W samym centrum, na podwyższeniu stała piękna atłasowa jurta kazachska, w której był najprawdziwszy ołtarz z tabernakulum. Mszę celebrowała większość katolickich kazachskich duszpasterzy rodem z całego świata, ze 30. lub i więcej kapłanów. Dookoła śpiewy, muzyka z przenośnych organów przeplatana głośnym ptasim świergotem. Siostra Elżbieta, z wiankiem żywych pąsowych róż (skąd te róże w stepie?), na czarnym welonie, składała słowa przysięgi wspaniałym, aktorskim głosem. Karmelitanki Bose z Polski zamieszkały potem w zwyklej lepiance, tak zwanej „mazance”, przed kilkudziesięciu laty wybudowanej przez polskiego zesłańca z gliny, słomy i krowich placków. Uczyły się żyć w stepie i jak wszyscy dookoła: palić w piecu, robić masło wstrząsając pięciolitrowym słojem mleka, przetrzymywać ekstremalną pogodę zimą i latem. Twierdzą, że są szczęśliwe, bo Bóg najbliżej jest w stepie, a w wielkim mieście może się zagubić…

Praca jest Pani jedyną pasją, czy może jest również czas na jakieś hobby? Podobno kiedyś był to linoryt...
- Szczególnie w Kazachstanie praca musi być pasją by utrzymać się na najlepszych pozycjach, a takie zawsze miałam ambicje. Ale mam też hobby – zbieramy z mężem samowary. Mamy ich bardzo ciekawy, unikalny wręcz zbiór, małych i dużych, miedzianych , mosiężnych i tombakowych, a nawet posrebrzanych, arystokratycznych grusz, waz, czy zwykłych tzw. „banek”, z medalami i bez, głównie rosyjskich, ale są też polskie (Norblina), a także akcesoriów związanych z kuchnią lub salonem i trochę literatury na ten temat. Tylko nie ma gdzie i kiedy to wszystko eksponować i kontemplować. Myślę, że po powrocie do kraju będzie na to czas, tak jak na wiele innych zajęć, jak na przykład rysunek piórkiem i tuszem, może pastele czy na linoryt lub rzeźbę. Teraz rzadko rysuję, ostatnio tylko jeden pejzaż z Astany, martwa natura z uzbeckim motywem fajansowym czy skromny bukiet zasuszonych kwiatów i to wszystko. Aż wstyd...

 

Co dalej? Jakie są Pani plany na przyszłość?
- Plany? Przyszłość? Na Wschodzie mało się planuje. Zapewne dlatego, by nie zapeszyć losu zbytnią pewnością siebie. W pracy będzie to umiejętność znalezienia nowej formy istnienia w przedłużającym się kryzysie, odpowiedniej reakcji na działania konkurencji, może rozwój na regionalnych, nowych rynkach Kazachstanu i Azji Centralnej. Powinnam się także powoli zaczynać uczyć bycia babcią, bo moja córka Daria zrobiła nam wspaniałą i wyczekiwaną niespodziankę wnuczkiem Malte. Widzimy się rzadko, kontaktujemy się wprawdzie na razie głównie wirtualnie – ja jestem na Wschodzie a ona na Zachodzie, w Szwajcarii. Obiecuję sobie, że będę taką oryginalną i solidną babcią, a także wreszcie przykładną żoną i gospodynią robiącą najlepsze nalewki, według oryginalnych staropolskich przepisów czy pyszne wschodnie potrawy (szaszłyki lub prawdziwy ukraiński barszcz). Może mi się to uda, ale też może się okazać trudniejsze od sprzedaży deskowań w stepach…

Jest Pani nazywana „Królową szalunków w Kazachstanie” – czego życzyć Jej Wysokości z okazji 8 marca i w ogóle?
– Poproszę o zwykle życzenia czyli: zdrowia, szczęścia rodzinnego i powodzenia w pracy. Ale słysząc je teraz będę wkładać w ich sens nieco inne niż kiedyś wartości, traktować je poważnie. Dawniej zlekceważyłabym takie niby banały, a oczekiwałabym bardziej oryginalnych powinszowań. Cóż, Kazachstan szlifuje charakter!

Czy artykuł był przydatny?
Przykro nam, że artykuł nie spełnił twoich oczekiwań.
Nasi Partnerzy polecają

Materiał Partnerski

Materiał sponsorowany

Podziel się opinią
Grupa ZPR Media sprzeciwia się głoszeniu opinii noszących znamiona mowy nienawiści przepełnionych pogardą czy agresją. Jeśli widzisz komentarz, który jest hejtem, powiadom nas o tym, klikając zgłoś. Więcej w REGULAMINIE
Czytaj więcej